RSS
niedziela, 10 lipca 2016
Yayem bęc!

Pamiętam dobrze te wakacje, gdy ramówka programów telewizji publicznej kipiała od powtórek "Klanu" i "Złotopolskich". Ponieważ z roku na rok powtarzanie całego serialu nastręczło coraz więcej trudności, dlatego walono nawet po 6 odcinków na dobę, byle tylko do 1 września odświeżyć fabułę swoich sztandarowych produkcji. Kto wtedy dumał przez niemalże cały rok, co stanie się z bękartem Snowem? Przeżywało się wtedy w nieskonczoność marihuanowe odloty Bożeny i śledziło erotyczne wędrówki Jerzego po stolicy.

Telewizja się zmienia, pędzi za potrzebą konsumenta. Pan Prezes obserwując znaczący odpływ oglądacza, postanawia rzucać mu soczyste kąski także w czasie potencjalnej posuchy. Dlatego od czterech tygodni mamy okazję oglądać nowy, autorki program kabaretowy - "Studio Yayo". Już od samej nazwy wieje zachodem, bo zapewne niejeden osobnik, nie mający pojęcia o języku angielskim, tak właśnie przetłumaczyłby słowo "jajo". Jak moja koleżanka, że szkoły, która na pytanie nauczycielki - Jak jest "krawat" po angielsku? po chwilowym namyśle rzuciła - KRAWACZ! 
Prowadzą go dwaj jajcarze - Ryszard Makowski i Paweł Dłużewski. Ten pierwszy jest zdecydowanie większym kawalarzem, precyzyjnie unurzanym w panierce ze strusich zbuków. Żarty Sztrasburgera przy dokonaniach Makowskiego to słodka, pyszna chałeczka, popijana kakałkiem. 
Program trwa jedynie 10 minut, ale te 600 sekund potafi zedcydowanie poprawić perystaltykę jelit i nadać jej zdecydowanego, ba wręcz gwałtownego charakteru. 

13620187_1729524160669417_3510387778789713973_n                                                                                                                                       fot. FP Studia Yayo na Facebooku

Program, anturażowo, przenosi nas do czasów kultowego "Śmiechu warte". Brakuje tylko piłeczek rzucanych w stronę odbiorcy. Od czwartego odcinka zastosowano również zabieg podstawionego śmiechu. Odbiorca dostaje wiec wyraźny znak kiedy ma prychnąć ze śliną i śpikiem, w ludycznej ekstazie. Dodatkowo, każdy epizod ubogacony jest pieśnią Makowskiego, który ze swoim bandem, jak bard, których Polska tylu już miała, wyśpiewuje autorskie wyziewy na temat aktulanej sytuacji ojczyzny swej. Jest to bardzo dobry i chwytliwy patent, który już na początku lat 90. okazał się strzałem w dziesiątkę w serialu "Słoneczny patrol". W każdym odcinku bowiem, podczas utworu muzycznego ratownicy mieli okazję pręzyć bica i cyca. I w "Studiu Yayo" pręży klatę w imieniu jedynej, słusznej partii właśnie Makowski. Bo trzeba wiedzieć, że "Studio Yayo" to jedyna, poprawnie polityczna, produkcja kabaretowa w tym kraju. Są kałowe wiadra wylewane na Tuska i opozycje. A słodkim smrodkiem napędzeni prowadzący nie ustają w ciągłych zmianach w strukturach programu. Była już wykorzystana konwencja "Szkła kontaktowego", telefonu od widza... W naśladownictwie polityczno-odbiorczym prym wiedzie Dłużewski, który z wirtuozerską precyzją gnie swój aparat gębowy udając Michnika, Wałęse, czy, uwaga, Szydło.

Jajcowa przyjemność realizowana jest przy niewielkich nakładach finanosowych. Widać to zarówno w wystroju studia - taki szalony demobil, trochę Tik-Taka, trochę Koła Fortuny, jaki również w oszędnościach poczynionych w akcesoriach pudrująco-maskujących. Tak prezentuje się artysta z zespołu Makowskiego. Prosze zwrócić uwagę na alabaster szyi odcinający się od brzoskwini policzków.

yayo
Prowadzący w kazdym odcinku grają na nosie swoim hejterom, taki niepopularny gest w dzisiejszych czasach. Chwała bohaterom!

Ze "Studiem Yayo" jest trochę jak z nową akcją w necie. Ostatnio w sieci triumfy świeci akcja polegająca na prezentacji swoich majtek, w celu udowodnienia, że narządy wewnętrzne nie toczy zaden weneryk czy inny, podły, śmierdzący robal. Można się z tego śmiać, ale nie tak dawno Joanna Krupa wytoczyłą proces swojej byłej przyjaciółce, która zarzuciła jej, że jej pochwa śmierdzi. Więc czysta bielizna aktulanie jest na wagę złota. Ale nie wtedy, gdy jest złota.
Makowski i Dłużewski to takie majtasy aktulnej władzy. Śmieją się z innych polityków - i dobrze, w końcu ile można było jajcowac z PISu? Walą teksty rasistowskie, drwią z uchodźców? No jakże to, kabareciarzom wszystko wolno! Nie tak dawno wszyscy pukali się w głowę jak PIS i jego pomiot grzmieli, że nie można drwić z bąków papieża (skecz kabaretu Limo). A teraz wszyscy obruszają się po niewinnych żarcikach o lekkim zabarwieniu rasowych. Teraz jest ich czas. 

Tego się w sumie nie da opisać. To wymyka się słowom, kategoriom, smakom. To takie zjawisko, jakiego dawno nie było mi dane widzieć w TV. Naprawdę. Tak strasznie nie warto. Ale może dacie radę. Trzymam kciuki!

 

13:16, eveliina_m
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 listopada 2015
Polsko-słowackie sprawy dziurawe czyli Witkowski z kuponem w dłoni

Aż tak mnie to nie zdenerwowało. Ale jednak, jakiś niesmak czuje w trzewiach. Bo nie lubię, jak ktoś dosiada wyliniałej kobyły. Takiej zjeżdżonej, wytartej na bokach. Takiej, która być może wzbudza miłe wspomnienia, jednak czasy triumfu i świetności dawno ma za sobą.

I tak ten Witkowski, jak pisał swą powieść, zachwalał ją na Facebooku. Że fajna, że dobra, że śmieje się przy niej do rozpuku. Że to taki dobry powrót do kurew z Lubiewa.
Nie sympatyzuje zbytnio z Lubiewem. Wolę inne powieści Witkowskiego. Nawet te kryminały, tak z buta traktowane przez krytykę wszechwiedzącą, wszechznającą. One zawsze dawały mi odskocznie od polskiej literatury, która zazwyczaj dźwiga ogromny ciężar emocjonalny. Jest taka dosadna, trudna, dołująca. A Michaśka zawsze mnie bawiła, rozluźniała. Odpowiadało mi wszystko - język, styl, fabuła. Lubiłam się ślizgać po kolejnych stronach książki i nie zastanawiając się, co mam zrobić z emocjami, które we mnie wzbudza. Cudownie się one utylizowały.

Fynf und cfancyś łyknęłam jak Dianka spermę starego dziada. Szybko, bez emocji, poszłam dalej. Czyta się dobrze, ale jakże to wszystko jest nijakie, puste i miałkie.
Nie bulwersują mnie żółte z przodu i brązowe z tyłu majciochy klientów łaknących seksu. Nie oburza mnie Milan, pragnący wybić się na swoim penisie do jachtowych wyżyn. To wszystko może być materiałem na dobrą powieść. Ale tym razem pewność siebie autora zawiodła. Rozmazał całą fabułę na granicy austriacko-szwajcarskiej. I kamień na kamieniu nie został. Tylko żużel chrzęści między zębami...

To już chyba nie te czasy, kiedy obolała dupa broni się sama. Potrzebne jest wsparcie giermków, wiernych, dupowych rycerzy. A tu wyrazistych, fascynujących charakterów brak. Ta biedna, zdarta Michaśka przewija się przez kolejną powieść ale tak jakby powietrze z niej uszło. Tak jakby wielość postaci, w które przepoczwarza się w życiu osobistym i literackim Witkowski, odarło jego książkowe alter ego z oryginalności i dowcipności. Brakuje tak silnych charakterologicznie postaci jak Mariuszek, Radwanicka, Lady Pomidorowa. Fonetyczne zapisy rozmów toczonych w języków obcym szybko przestają być interesujące, jest tego po prostu za dużo.

A wkoło tyle pozytywnych recenzji... Jak tu więc liczyć na to, że następnym razem będzie jednak lepiej?

poniedziałek, 24 sierpnia 2015
Dobrze posmarowane słabo pojechane czyli na czym małżenstwo Żaków zbija mamonę

Włączyłam dziś TV. Emitowana była reklama. Wydarzył się dramat. Dramat mną pozamiatał. Nie wiedziałam, że tak można. Za takie pomysły winna się należeć chłosta. Chłosta publiczna.

Pokrótce. Rzecz tyczy się margaryny. Nie pomnę nazwy. Takiej do smarowania. Reklamuje ją aktorskie małżeństwo Państwa Żak. Pan Żak jest sklepikarzem, który sprzedaje chlebki. Przyjeżdża do niego Żakowa. I się zaczyna. Jak się nie dorwą do ciasta jak nie zaczną go zagniatać i dusić formując bochenki. Kulają okrągłe pieczywka, na drewnianych łopatach cisną do pieca. A potem wyjmują, kroją, smarują masłowym erzacem i jakże wcinają. Nie oblizując się jednakowoż. Potem oddalają się, pchając rowerek, od piekarenki. I co ważna. Całą reklamę śpiewają. Śpiewają pieśń ku chwale margaryny na nutę ponadczasowego i kultowego przeboju Jesteś szalona mega grupy Boys.

Ileż w tym krótkim filmiku jest erotyzmu. Jak oni na siebie spoglądają, jak się tykają! Taka podnieta żywcem z Klanu wyjęta. Dwie bestie walczące o względy doktorskiego ciacha Lubicza mogą się wiele nauczyć. Tyle żaru, prądu i napięcia. Tak Jerzy nęci Elżbietę a Jeremiaszek panią Stasie. To są lata ćwiczeń. Krew, pot i łzy.

Często jest tak, że produkt, który chcemy zareklamować nie jest zbyt wdzięcznym obiektem. Maść na hemoroidy. Papier toaletowy. Bez pokazania dupy jest ciężko. Podpiera się więc twórca zwierzętami, im mniejsze i bardziej puchate tym srajtaśma bardziej wiarygodna. Piękna kobieta i paląca odbytnica, to się sprzeda, jeśli ból i swędzenie dobrze odbić w głębi spojrzenia damy.
Jak widać, żeby sprzedać margarynę, trzeba pokazać jak stworzyć idealny bochen chleba. Nie jak utrzepać margarynę. To temat niewygodny. Masło prosta sprawa, ale jak pokazać tłuszcze utwardzone? Bo przecież one zamieszkują pod margarynowymi wieczkami... No ale w końcu jak Żak je, to mogę zjeść i ja. A jak dwa Żaki spożywają to posmaruję grubiej.

Internet śmieje się z reklamy środka na potencje:

Czekam na memy margarynowe...

Pozostawiam Was z wybornym smakowidłem.

Tagi: Smakowita
23:23, eveliina_m
Link Komentarze (2) »
środa, 08 lipca 2015
Nie masz nic do napisania? Pochwal jak się nawaliłeś

Jak człowiek sięga po książkę pod wiele mówiącym tytułem Masakra to ma prawo żywić nadzieję, że twór nie wykończy go estetyczne. Że to taka przewrotność. Że będzie o czymś, co poruszy... Być może zmieli wnętrzności i strawi owłosienie ogniem piekielnym, ale jednak będzie przemyślanym krokiem naprzód twórcy. A czytelnik wyniesie z lektury jeśli nie mądrość, to jakieś konstruktywne wrażenia. Pewnie wielu tak myślało zasiadając do czytania nowej powieść Krzysztofa Vargi..

Akurat miałam ochotę na jęki malkontenta, gdy zaczęłam kartkować powieść. Znam Vargę jedynie z Trocin, ale już lektura tej jednej pozycji może nakreślić obraz twórcy. Może niezbyt wyraźny, jednak o mocno zarysowanych konturach. 
Przebrnęłam przez kilkadziesiąt stron łojowego potu, bełtów, upału i spazmów. Naiwnie licząc, że na końcu tęczy znajdę złoty gral. Ostał mi się tylko gar wydzielin... Nie żałuję, że przebrnęłam przez te ponad 500 stron, choć była to droga przez mękę. Jakim trzeba być wirtuozem słowa, by na tak szalenie dużej przestrzeni rozwlekać się nad podłym życiem śmierdzącego pijaka. Ba, jakim trzeba być maestrem, żeby nie wymknąć się poza przestrzeń jednej doby. Nie wiem już kto jest bardziej szalony - Varga że to napisał, czy ja, że to przeczytałam...

Głównym bohaterem Masakry jest wokalista rockowy, który po dwutygodniowym piciu budzi się na wszechogarniającym kacu. Nic nie pamięta, próżno szuka pieniędzy, telefonu i rodziny. Wyrusza więc w podróż po mieście w poszukiwaniu kogoś znajomego, kto pożyczy mu pieniądze, za które kupi piwo, które uratuje jego życie. I tak snuje się po Warszawie, spotyka znajomych, których nie spodziewał się spotkać, pije piwo za piwem. Ciągle snuje wizje swego wychodzenia z kaca, które unicestwia kolejnymi piwami. Świetna bajka do poduszki.
Wydaje mu się, że pomnik Bolesława Prusa z nim rozmawia że młoda harcerka uwodzi go wzrokiem. Takie to straszliwie żenujące, niekoniecznie dla tego pijaka.  

Krytycy, którzy starają się za wszelką cenę znaleźć plusy książki, wskazują na dobre opisy stolicy, że barwne, że wierne. W Magdzie M Warszawa też była pięknie pokazana, nie czyniło to jednak z tego serialu dobrej produkcji. Nie ta brzytwa drodzy Państwo. W sumie na horyzoncie brzytew brak. Tak trudno znaleźć promyczek, który rzuciłby pozytywne światło na Masakrę. Osobiście znalazłam jeden - nie zniechęciła mnie do Vargi. Nie wiem jakim cudem. Być może sympatia do Trocin nie pozwala na całkowite wymazanie autora z mego serca. 

Nie mam przyjemności czytania o pijakach i ćpunach. Tematy te literacko przerobiłam wiele lat temu. Masakra niczego nowego nie wnosi w temacie spożywania alkoholu. Nie wiem po co autor ją napisał. Chyba ktoś mu kazał. Napisz coś. Wyszedł rasowy gniot. A przecież Varga dobrym pisarze jest...

piątek, 08 maja 2015
Młodzi Panowie Trzej czyli rzecz o Paszportach Polityki

Tymczasem w ostatniej Polityce literacka grupa wsparcia. Szostak, Żulczyk, Twardoch, Orbitowski. I tak własnie mi się przypomniało, że o książkach miałam pisać. O tych wszystkich, które jakieś szanowne grono wytypowało do tegorocznych nagród paszportowych. Literackich nagród. Po raz pierwszy bowiem udało mi się zaznajomić z treścią trzech nominowanych propozycji. A właściwie pięciu pozycji, bo jedna z nich to trylogia. Pewnie bym tego nie zrobiła, gdyby nie fakt, że wcześniej, przed galą, zapoznałam się z nominowaną do wyróżnienia ksiażką Sto dni bez słońca Wita Szostaka. I ona skradła me serce. Jakże więc się stało, że się obsrało i jednak ktoś zadecydował o innym werdykcie? Musiałam sprawdzić to u źródła. 

Sto dni bez słońca Szostak promował spowity w tweed. Piękna to prezentacja dystansu do własnej osoby. Bo główny bohater powieści, Lesław Srebroń, też zakłada tweed. Dorasta do niego, dojrzewa, kiedy jednak go przywdziewa, czuje niezwykłą nobilitację. Również intelektualną. Dla Srebronia ta tkanina to przepustka do świata nauki, który otwiera przed nim swe podwoje na Finneganach. Wit Szostak tak pięknie ukazuje przeintelektualizowane towarzystwo akademickie, że czytając Sto dni bez słońca nie mogłam opanować śmiechu. Miałam przed oczami jednego z wykładowców, który przez pięć lat studiów starał się nam ukazać swą wyższość poprzez zbitki trudnych wyrazów które hurtem wysypywały się z jego przemądrzałych ust. Tak nas nimi smagał, wyskrobywał je wzrokiem ze swych pożółkłych karteluszek a z każdą minutą wykładu jego twarz przybierała intensywniejszy odcień purpury. Pod koniec grzmiał już jak na ambonie i łypał na nas złym okiem. A potem na egzaminie odpytywał nas z tych swoich trudnych sformułowań, i pilnował by słowo w słowo cytować go z pamięci. Poznałam Srebronia wcześniej. Tylko, że mój Srebroń był zły, niepokorny, brakowało mu miękkości i dobroduszności jakie cechują Lesława. 
Bohater Szostaka przybywa na Finnegany by uczyć studentów o wybitnym polskim fantaście - Szymonie Włóczniku. Włócznik jest dla niego wielkim, niedocenianym pisarzem na którego temat chce napisać potężną monografię. Wcześniej jednak chce zapoznać z jego prozą cały świat. Rozpoczyna od pięciu studentów, których posądza o wielką miłość do swego mistrza (tymczasem oni nawet nie rozumieją jego wytrawnej akademickiej angielszczyzny, która w rzeczywistości jest amatorskim bełkotem). Szymon Włócznik natomiast jest niezwykłego sortu grafomanem, snuje tak szaleńczo-niedorzeczne historie z życia ze zmasakrowanym przekazem, że nie sposób nie walnąć głową w ścianę ze śmiechu. 
Czytając Sto dni bez słońca co rusz odbiorca zadaje sobie pytanie - on naprawdę jest tak szaleńczo głupi? Taki nieżyciowy, ograniczony, naiwny, a w reszcie - taki samotny w swym galopującym idiotyzmie? Lesław Srebroń, którego alter ego jest właśnie Szymon Włócznik ( to moja autorska teoria, być może tak samo niedorzeczna jak przeświadczenie Srebronia o swej misyjności) za nic ma świat zwykłych zjadaczy chleba. I choć wywyższa się ponad "lud' do granic niemożliwości to jest w tym tak słodko nadęty, że nie sposób go nie lubić. Spozieram na niego z nizin społecznych i pękam z zachwytu nad jego misternie skleconym światem. Światem, gdzie wszystko jest poukładane. W którym jak się wali to wszystko po kolei. Ale odradza się niczym feniks z popiołów. Po podstawy są solidne. Bo jak się mocno wierzy w swój zamysł, cel i powinność, to szybko można się pozbierać i ruszyć dalej, do ataku! Nawet jeśli cały świat się śmieje i szydzi. Klapki na oczach wielu przedłużają życie i nie pozwalają zboczyć z egzystencjalnej osi. 

witszostak                                                                                            Wit Szostak

Trudno mi było sobie wyobrazić, że którakolwiek z nominowanych pozycji jest lepsza od Stu dni bez słońca. Musiałam to empirycznie sprawdzić.

Zaczęłam od Zygmunta Miłoszewskiego. Cechuje go inna wrażliwość niż literacką grupę wsparcia. I nie jest najlepszym pisarzem. Jednak doskonale snuje intrygę, konstruuje wątki kryminalne. Nie jestem specjalistą w gatunku, nigdy nie wpadłam w przepastne ramiona kryminału, jednak trylogia o prokuratorze Szackim jest naprawdę dobra. Zwłaszcza trzecia. Druga część, "Ziarno prawdy", jest słabym spoiwem pozostałych powieści. Może ze względu na wątki polsko-żydowskie, którymi czuję przesyt, może ze względu na nawiązania do dana Browna a może do Ojca Mateusza. A może po prostu Miłoszewski zaliczał wówczas spadek formy.  Bo jest to pisarz, który bardzo rozwinął się w ciągu ostatniego dziesięciolecia. Wystarczy przeczytać Domofon a następnie sięgnąć po jedną z części trylogii. Różnica jest namacalna.
Miłoszewski stworzył świetną postać prokuratora Szackiego. I to ona tworzy oś trzech kryminałów. Nie szanują tego reżyserzy Bromski i Machulski, którzy w adaptacji pierwszej części w roli prokuratora Szackiego obsadzają kobietę. W "Ziarnie prawdy" Szackiego gra Robert Więckiewicz. I choć Miłoszewski maczał palce w scenariuszu, to chyba nie udało mu się przeforsować aktora, którego fizjonomia pasowałaby do wyglądu prokuratora. Ponieważ "obejście" Szackiego jest niezwykle istotne. MUSI być siwy i przystojny. A jest Wałęsą bez wąsa. Szacki musi przyciągać kobiety swoim wyglądem, i choć zapewne Więckiewicz ma fanki swojego lica, to zapewne nie są ich tłumy ani tabuny. Może nawet nie dziesiątki. Dla mnie Szacki to taka policyjna królowa śniegu. Tymczasem Więckiewicz pretenduje do miana królowej dżdżu. 
Każdy z kryminałów toczy się w innym mieście (Warszawa, Sandomierz, Olsztyn). Pięknie maluje krajobrazy miejscowości Miłoszewski. Zawiłości kryminale są przemyślane i trzymają do końca w napięciu, przynajmniej takiego laika jak ja. Świetnie się to czyta, fabuła nie meczy, nie jest przegadana. Doskonałe pozycje do tak zwanego "poczytania". Nie wygrywa jednak z moim faworytem Finnegańskim.

zdjcie_ze_strony_www.papilot.pl                                                                                                www.papilot.pl

Pozostaje więc jeszcze Żulczyk. Ale Żulczyka to ja kompletnie nie pojmuję. Radio Armageddon zmęczyło mnie okrutnie. Brnęłam przez tę księgę niczym Jan Mela na biegun. Nigdy nie było we mnie woli walki, chęci rewolucji. Nawet w okresie, w który bunt jest wpisany hormonalnie w życiorys. Może dlatego tak ciężko było mi wkręcić się w anarchistyczny klimat powieści szalone koncerty młodych, rozbój, krew, alkohol i narkotyki. Pewnie gdyby te treści trafiły do mnie w momencie gdy zaczytywałam się w pamiętnikach narkomanki, przesiadywałam na Dworcu ZOO, bardziej bym je odczuła. Może mocniej wstrząsnął by mną Cyprian, bohater charyzmatyczny, zagubiony, może bym go wtedy kochała choć trochę. Teksty o samotności, przedmiotowości o rozdarciu bohatera, jakoś kompletnie mnie nie wzruszają. Może to mój problem a może fabula faktycznie jest ciężka do strawienia i przetworzenia. Wystawienie na deskach teatru Radia Armageddon zakończyło się fiaskiem. Czyli łatwo nie jest. 
To, co pozostało w mojej głowie po przeczytaniu wydawnictwa to absurdalny chaos, z którego wyciągam teraz złote nitki szaleństwa, które pętały Szymona w jego narkotycznych wizjach. I tego tkam taki mini opis, który być może dotyka treści ale absolutnie jej nie wyczerpuje. Mam ewidentny problem z Jakubem Żulczykiem. 

Okazało się więc, że nie ma lepszego nad Wita Szostaka. Przyznanie Paszportu Polityki Zygmuntowi Miłoszewskiemu było zagrywką niezwykle bezpieczną. Bo w kryminale się większość odnajdzie i wielu pochwali. A w wyspiarskim szaleństwie naukowym nie każdy mógłby żywo uczestniczyć. Może jednak paszport bardziej przyda się Miłoszewskiemu aniżeli Szostakowi. Bo to jednak troszkę inna półka wydawnicza. Czekam na nowego Szostaka. Tymczasem już za winklem czai się Orbitowski. 

_DSC8959                                                                                           Adam Patrzyk

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
| < Grudzień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  

kontakt

Statystyki:

AKTUALNIE ONLINE: