RSS
poniedziałek, 13 lutego 2017
W oskarowym klimacie - zwierzęta na nowym początku

Pozwólcie, że po weekendzie podczas którego w kinach świeciła triumfy niezwykle poruszająca kolejna odsłona Greya, która dotyka głęboko jestestwa każdego z nas, opowiem Wam o czymś innym. Christian lubiący pchać paluchy we wszystkie otwory i uprawiający swą pasję w każdym kątku jest zdecydowanie bardziej życiowy. Wiem. Taki swojski bohater, komunikujący się świdrującym spojrzeniem i latający po bułki helikopterem. Dzisiaj jednak nie będzie cieplutko i soczyście. Dzisiaj będzie o filmach z Amy Adams.

Ostatnio oglądałam Amy w American Hustle. Marna to produkcja, choć ktoś przepchnął ją do nominacji oskarowych i chyba nawet czymś obdarował. I tak się jakoś zdarzyło, że po trzech latach, w ciągu jednego tygodnia, zobaczyłam dwa nowie filmy z Adams. O, matko, jakie to były dobre filmy!

Nowy początek i Zwierzęta nocy to produkcje, w których bardzo istotną rolę gra czas. I choć w drugim z opisywanych filmów nie mamy dużych problemów ze zdefiniowaniem przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, to jednak po obejrzeniu go nasuwają nam się wnioski, które mogą wskazywać, że nie wszystko jest takie oczywiste i łatwe do zdefiniowania. Nowy początek to film z gatunku sicne-fiction, więc tutaj siłą rzeczy komplikacje czaso-przestrzenne nakreślone są mocniej.

Nowy początek nie jest filmem o UFO. I choć opowiada o pojazdach kosmicznych, które nagle wylądowały w dwunastu miejscach na świecie, to próżno w nim szukać walki z obcym, gwiezdnych mieczy i postaci z wielkimi głowami. Mamy za to stwory o fizjonomii ośmiornicy, które chcą nam coś dać. Wyjątkowo nie zarżnąć, zjeść, zgwałcić, tylko dać. Nie jestem fanką ani znawcą since-fiction. Filmy o obcych oglądam wychylając się nieśmiało zza poduszki, albo nie oglądam ich wcale. Zawsze bowiem po takich seansach widzę latające spodki i porywających mnie ufoli. Po obejrzeniu tej produkcji mój strach dotyczący obcych cywilizacji nie pogłębił się. Pogłębił się natomiast niepokój odnośnie naszej cywilizacji. Nowy początek niezwykle dobitnie pokazuje, jak zbudowany jest współczesny świat. Pełen niepokoju, niecierpliwy, hołubiący rozwiązania siłowe. Nie ma w ludziach chęci współpracy, poczucia wspólnoty. Nawet w obliczu niebezpieczeństwa, nawet tego teoretycznego, jednoczymy się tylko pozornie. Może to trąci sztampą, może już wszyscy o tym wiemy. Może przykłady, którymi posługuje się twórca są tendencyjne. Co z tego. Nie możemy liczyć, że każdy dobry film, z którym przyjdzie nam się zetknąć, będzie novum na skalę międzynarodową. Że zaskoczy tak, że spadniemy z fotela. Trzeba spróbować wygrzebać spod sterty chały to wszystko, co być może nie jest nowatorskie, nie policzkuje i nie kopie kopie po głowie, ale jest po prostu dobre i wartościowe. Nowy początek to film twórcy Pogorzeliska. Dla mnie to sygnał, że produkcja nie może być pomyłką. Ktoś, kto zrobił tak genialny film, nie może się poślizgnąć na zbytniej pewności siebie. Naiwne? Być może, ale w tym wypadku się sprawdziło.

Amy Adams gra w filmie lingwistkę, która zostaje zatrudniona, by nawiązać kontakt z obcymi. Wzajemna nauka, poznawanie się i zbliżanie się do siebie dwóch gatunków jest niezwykłe. W pewnym momencie odnosimy wrażenie, że Louise bliżej do Heptapodów, którzy posługują się specyficznym rodzajem pisma niż do współpracowników, którzy w pewnym momencie, pchani sobie zrozumiałym pragmatyzmem, chcą obce istoty unicestwić. Na początku wydaje nam się, że Lousie podejmuje się misji, ponieważ przeżyła wielki, osobisty dramat. Im dłużej jednak oglądamy film, tym większe mamy wątpliwości co do linearności czasu akcji. A potem zdajemy sobie sprawę, jaki ciężar emocjonalny niesie ze sobą znajomość przyszłości...Nie spoilerując więcej, zachęcam do obejrzenia.

Drugim filmem z AA są Zwierzęta nocy. To historia dziejąca się w historii. To opowieść po pierwsze o złych życiowych wyborach. O tym również, że zbyt często pragniemy tego, czego aktualnie nie mamy. A gdy to otrzymujemy nagle włącza się nam tęsknota za tym, co utraciliśmy. I można tak całe życie boksować się z myślami i uczuciami nie dochodząc do sedna sprawy i nie znajdując odpowiedzi co byłoby dla nas najlepsze. Czasem po prostu nie jesteśmy w stanie tego stwierdzić. Czasem jest już za późno, żeby cokolwiek zmienić.
Susan, bohaterka grana przez Adams, jako młoda dziewczyna podjęła kilka ważnych i trudnych decyzji. Poznajemy ją jako dojrzałą kobietę sukcesu, która otrzymuje od swojego byłego męża powieść. Powieść jest jej dedykowana...Pełna przemocy, wstrząsająca, nie pozwala jej zasnąć, potęgując jeszcze jej chroniczną bezsenność. Dostrzega w niej coraz więcej analogii do swojego życia...

W Zwierzętach nocy występuje fantastyczne męskie trio - Jake Gyllenhaal, Michael Shannon i Aaron Taylor-Johnson. Johnson został nagrodzony za swoją rolę Złotym Globem, Shannon jest za swoją kreację nominowany do Oskara. Napięcie, które stwarzają te trzy postacie sprawia, że nie można się oderwać od filmu. Z drugiej strony, rodzi się w odbiorcach ogromny strach. Strach przed złymi ludźmi. Prozaiczne? Nikt Cię tak nie skrzywdzi jak drugi człowiek. I Zwierzęta...rzucają nam w twarz takimi zwyrodnialcami. Pokazują jak zachowujemy się w momencie zagrożenia. Ile warte są nasze zapewnienia o jednoznaczności postaw w chwilach paraliżującego niebezpieczeństwa.  Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono. Naturalnym odruchem jest ucieczka... I chęć zemsty. Oglądając film, w momencie największego napięcia mówiłam do Gyllenhaala - weź go k...wa zabij! Tyle z mego pacyfizmu pozostało.
Historia kreowana przez wyżej wymienioną trójkę jest metaforą i odnosi się bezpośrednio do życia głównej bohaterki. Przez ten fakt jeszcze bardziej oddziałuje na naszą świadomość. Jest jednak niezwykle uniwersalna konstrukcją. I to przeraża chyba jeszcze bardziej.

Uwolnienie się od seriali zaprocentowało tym, że mam czas na filmy. Póki co, nie żałuję swej decyzji.

czwartek, 02 lutego 2017
Kto jest kim w "Agencie" czyli igraszkowa znajomość "gwiazd"

 

Tak się trochę to słowo "celebryta" wyświechtało. Choć w samym swym założeniu wyświechtane być powinno. Ale tak sobie mordy wszyscy nim wytarli, takie wiadra pomyj wylali, że teraz celebrytą nikt już nie chce być. A może to jest w ogóle pojęcie puste? Sprzeczne z rzeczywistością? No bo jak można być znanym z tego, że jest się znanym? Przecież każdy celebryta coś zrobił, by zostać celebrytą. Nie spadł nagle z nieba wprost na łamy pism plotkarskich i rzekł - otom jest! Trzeba było się wysilić, żeby ściągnąć światła jupiterow na swą postać. Pokazać dupę, nagrać film erotyczny, wystąpić w "Ekipie z Warszawy" intensywnie eksploatując się w "bzykalni". To nie jest takie nic, to są konkretne przejawy aktywności społecznej, które wpływają na popularność. Nie powinno się tego lekceważyć. I spłycać.

Dzisiaj, osoby które mogłyby nosić miano "gwiazdy" ze skromnością stwierdzają, że może jeszcze nie, jeszcze nie czas, może za sto lat, jak biogram pęknie w szwach. Z kolei postaci znane z jakiegoś drobnego fuknięcia, gdzieś w kuluarach imprezy klasy "D" promującej batony z oleju palmowego, chętnie wielką, złotą gwiazdę do skroni przykleją. I potem każdemu pokażą, jak oręż, jak znak szeryfa - i na mnie przyszedł czas, no tak, w końcu ktoś to me nieme beknięcie dostrzegł. Nieme, dostrzeżone - cud to wielki i znak od boga. 

"Agent Gwiazdy 2". Ogłoszenie składu osobowego tego programu natchnęło mnie do ponownego pochylenia się nad terminami wyżej wymienionymi. Ustalone zostało, że termin "celebryta" istnieć nie powinien. Co więc z "gwiazdami" w tym programie? Postanowiłam przeprowadzić eksperyment. Ponieważ mam paranormalną zdolność przyswajania sobie informacji głupich i nieistotnych i interesuje się kulturą popularną i mediami, pokuszę się o napisanie kilku zdań na temat osób, które podjęły wyzwanie "Agenta". Nie będę się posiłkowała Internetem, postaram się z głowy napisać swoje skojarzenia. Zobaczmy co z tego wyjdzie...

Olga Frycz - aktorka, mężów złodziejka, podebrała Jacka Borcucha Ilonie Ostrowskiej. Zagrała dziewczynę Mateusza Kościukiewicza w filmie "Wszystko, co kocham". Była to kreacja niezwykle miałka i słabo wpisywała się w całkiem niezłą produkcję. Być może na fali tej bylejakości dostała angaż w polskiej sadze "M jak Miłość", gdzie gra dziewczynę (żonę?) tego pana Mroczka, który nie jest mężem Kingi Cichopek. Chyba jakiś czas temu reżyser Borcuch i jej podziękował, więc może jakiś nowy początek ma zainicjować ten program? 

Marek Włodarczyk - to jest taki aktor, który dawno temu występował w serialu TVN "Kryminalni". Razem z Maćkiem Zakościelnym. Potem był tatą Uli-Brzyduli. A potem to robił sobie fotki z młodą dziewczyną, która wcześniej robiła sobie fotki z Tomaszem Stockingerem. Taka przechodnia  partnerka panów 60+. 

Alan Andersz - to jest człowiek, który kiedyś grał syna Tomka Karolaka w serialu "39 i pół". Potem był jurorem w jakimś tanecznym szoł, ale w międzyczasie pofolgował sobie na imprezie i spadł ze schodów. Jak spadł to potrzaskał sobie głowę. I to było poważne potrzaskanie. Więc się opamiętał, przestał pić jak szalony i bawić się do upadłego. Koledzy się odwrócili. Może szuka nowych kumpli? A, i zagrał jeszcze w teledysku Afromental.

Piotr Kędzierski - dziennikarz Rock Radia, prowadzący "Ranne Kakao" i "Dwa neurony i trzy jądra". Z telewizją posiada raczej żenujące doświadczenia - prowadził "Dzięki Bogu już weekend" oraz chyba "Bitwę na głosy". Nabrał na siebie nieco sadła, które przyćmiło mózg i sprawiło, ze w roastcie Kuby Wojewódzkiego był największą ofiarą. Losu, kalorii i tępego żartu. Następnie schudł i poszedł śpiewać w reklamie T-Mobile, razem z Agnieszką wielu nazwisk Szulim. 

Agnieszka Rylik - sporty walki. Chyba przestała już lać po mordach inne dziewczęta, bo od kilku lat obserwuje jej zmasowane ataki na szoł biznes. 

Jarosław Kret - neurotyczny zapowiadacz pogody, partner Beaty Tadli. Posiada znienawidzonego brata bliźniaka. Tylko który z nich śpiewa o pasztecie kaliskim w Poparzeni Kawą Trzy?

Odeta Moro - dziennikarka, była żona Michała Figurskiego. Najpierw broniła go, gdy obrażał w radiu Ukrainki, potem została przezeń porzucona, po to by aktualnie zajmować się nim po wylewie li też udarze. Prowadziła chyba jakiś program śniadaniowy - "Pytanie na śniadanie"?

Tomasz Niecik - tutaj nie trzeba słów, wystarczy obraz. To jest mój hit!

Julita"Julia" Fabiszewska - piosenkarka, kojarzę jej dwie piosenki, śpiewa, że "Za każdym razem" "Nie zatrzymasz mnie". Zęby ma krzywe, a może już nie ma? Miała kiedyś. Była "trenerkę" w "Bitwie na głosy", Rysiek Rynkowski też i wiadomo jak skończył. W jednym teledysku artystka maltretuje chłopa i obsypuje go piórami.

Mateusz Maga -taka trochę androgyniczna postać. Zasłyną z kompletnego braku charakteru w super produkcji "Top Model". Teraz rzeźbi klatę, śpiewa i chce reprezentować kraj w Eurowizji.

Edyta Zając - Rzeźniczak - uczestniczka nie zawsze wymieniana z dwóch nazwisk. Na początku myślałam, że to żona Pazury, znana z tego, że flaki w Warsie podawała a z czasem zamieniła swoje zęby, które wyglądały jak cytrynowe, zaostrzone tik-taki, na śnieżną klawiaturę. Ale to nie ona. To żona piłkarza. To ja nie znam, nic nie napiszę.

Joanna Jędrzejczyk - bije się dużo na świecie. Nie wiem po co jej to.

Daria Ładocha, Łukasz Bedźmirowski - tu już moja wiedza bezużyteczna jest bezsilna. Nie mam pojęcia.

Kto będzie Agentem? Myślę, że kobieta. No i co z tymi "gwiazdami"? Nie lepiej użyć nazwy"sputnik"? Dużo lata, trochę świeci. I w sumie mało kto wie, po co lata, kim jest i kto go wypuścił.

Tagi: agent Agent 2
10:12, eveliina_m
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 lipca 2016
Yayem bęc!

Pamiętam dobrze te wakacje, gdy ramówka programów telewizji publicznej kipiała od powtórek "Klanu" i "Złotopolskich". Ponieważ z roku na rok powtarzanie całego serialu nastręczło coraz więcej trudności, dlatego walono nawet po 6 odcinków na dobę, byle tylko do 1 września odświeżyć fabułę swoich sztandarowych produkcji. Kto wtedy dumał przez niemalże cały rok, co stanie się z bękartem Snowem? Przeżywało się wtedy w nieskonczoność marihuanowe odloty Bożeny i śledziło erotyczne wędrówki Jerzego po stolicy.

Telewizja się zmienia, pędzi za potrzebą konsumenta. Pan Prezes obserwując znaczący odpływ oglądacza, postanawia rzucać mu soczyste kąski także w czasie potencjalnej posuchy. Dlatego od czterech tygodni mamy okazję oglądać nowy, autorki program kabaretowy - "Studio Yayo". Już od samej nazwy wieje zachodem, bo zapewne niejeden osobnik, nie mający pojęcia o języku angielskim, tak właśnie przetłumaczyłby słowo "jajo". Jak moja koleżanka, że szkoły, która na pytanie nauczycielki - Jak jest "krawat" po angielsku? po chwilowym namyśle rzuciła - KRAWACZ! 
Prowadzą go dwaj jajcarze - Ryszard Makowski i Paweł Dłużewski. Ten pierwszy jest zdecydowanie większym kawalarzem, precyzyjnie unurzanym w panierce ze strusich zbuków. Żarty Sztrasburgera przy dokonaniach Makowskiego to słodka, pyszna chałeczka, popijana kakałkiem. 
Program trwa jedynie 10 minut, ale te 600 sekund potafi zedcydowanie poprawić perystaltykę jelit i nadać jej zdecydowanego, ba wręcz gwałtownego charakteru. 

13620187_1729524160669417_3510387778789713973_n                                                                                                                                       fot. FP Studia Yayo na Facebooku

Program, anturażowo, przenosi nas do czasów kultowego "Śmiechu warte". Brakuje tylko piłeczek rzucanych w stronę odbiorcy. Od czwartego odcinka zastosowano również zabieg podstawionego śmiechu. Odbiorca dostaje wiec wyraźny znak kiedy ma prychnąć ze śliną i śpikiem, w ludycznej ekstazie. Dodatkowo, każdy epizod ubogacony jest pieśnią Makowskiego, który ze swoim bandem, jak bard, których Polska tylu już miała, wyśpiewuje autorskie wyziewy na temat aktulanej sytuacji ojczyzny swej. Jest to bardzo dobry i chwytliwy patent, który już na początku lat 90. okazał się strzałem w dziesiątkę w serialu "Słoneczny patrol". W każdym odcinku bowiem, podczas utworu muzycznego ratownicy mieli okazję pręzyć bica i cyca. I w "Studiu Yayo" pręży klatę w imieniu jedynej, słusznej partii właśnie Makowski. Bo trzeba wiedzieć, że "Studio Yayo" to jedyna, poprawnie polityczna, produkcja kabaretowa w tym kraju. Są kałowe wiadra wylewane na Tuska i opozycje. A słodkim smrodkiem napędzeni prowadzący nie ustają w ciągłych zmianach w strukturach programu. Była już wykorzystana konwencja "Szkła kontaktowego", telefonu od widza... W naśladownictwie polityczno-odbiorczym prym wiedzie Dłużewski, który z wirtuozerską precyzją gnie swój aparat gębowy udając Michnika, Wałęse, czy, uwaga, Szydło.

Jajcowa przyjemność realizowana jest przy niewielkich nakładach finanosowych. Widać to zarówno w wystroju studia - taki szalony demobil, trochę Tik-Taka, trochę Koła Fortuny, jaki również w oszędnościach poczynionych w akcesoriach pudrująco-maskujących. Tak prezentuje się artysta z zespołu Makowskiego. Prosze zwrócić uwagę na alabaster szyi odcinający się od brzoskwini policzków.

yayo
Prowadzący w kazdym odcinku grają na nosie swoim hejterom, taki niepopularny gest w dzisiejszych czasach. Chwała bohaterom!

Ze "Studiem Yayo" jest trochę jak z nową akcją w necie. Ostatnio w sieci triumfy świeci akcja polegająca na prezentacji swoich majtek, w celu udowodnienia, że narządy wewnętrzne nie toczy zaden weneryk czy inny, podły, śmierdzący robal. Można się z tego śmiać, ale nie tak dawno Joanna Krupa wytoczyłą proces swojej byłej przyjaciółce, która zarzuciła jej, że jej pochwa śmierdzi. Więc czysta bielizna aktulanie jest na wagę złota. Ale nie wtedy, gdy jest złota.
Makowski i Dłużewski to takie majtasy aktulnej władzy. Śmieją się z innych polityków - i dobrze, w końcu ile można było jajcowac z PISu? Walą teksty rasistowskie, drwią z uchodźców? No jakże to, kabareciarzom wszystko wolno! Nie tak dawno wszyscy pukali się w głowę jak PIS i jego pomiot grzmieli, że nie można drwić z bąków papieża (skecz kabaretu Limo). A teraz wszyscy obruszają się po niewinnych żarcikach o lekkim zabarwieniu rasowych. Teraz jest ich czas. 

Tego się w sumie nie da opisać. To wymyka się słowom, kategoriom, smakom. To takie zjawisko, jakiego dawno nie było mi dane widzieć w TV. Naprawdę. Tak strasznie nie warto. Ale może dacie radę. Trzymam kciuki!

 

13:16, eveliina_m
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 listopada 2015
Polsko-słowackie sprawy dziurawe czyli Witkowski z kuponem w dłoni

Aż tak mnie to nie zdenerwowało. Ale jednak, jakiś niesmak czuje w trzewiach. Bo nie lubię, jak ktoś dosiada wyliniałej kobyły. Takiej zjeżdżonej, wytartej na bokach. Takiej, która być może wzbudza miłe wspomnienia, jednak czasy triumfu i świetności dawno ma za sobą.

I tak ten Witkowski, jak pisał swą powieść, zachwalał ją na Facebooku. Że fajna, że dobra, że śmieje się przy niej do rozpuku. Że to taki dobry powrót do kurew z Lubiewa.
Nie sympatyzuje zbytnio z Lubiewem. Wolę inne powieści Witkowskiego. Nawet te kryminały, tak z buta traktowane przez krytykę wszechwiedzącą, wszechznającą. One zawsze dawały mi odskocznie od polskiej literatury, która zazwyczaj dźwiga ogromny ciężar emocjonalny. Jest taka dosadna, trudna, dołująca. A Michaśka zawsze mnie bawiła, rozluźniała. Odpowiadało mi wszystko - język, styl, fabuła. Lubiłam się ślizgać po kolejnych stronach książki i nie zastanawiając się, co mam zrobić z emocjami, które we mnie wzbudza. Cudownie się one utylizowały.

Fynf und cfancyś łyknęłam jak Dianka spermę starego dziada. Szybko, bez emocji, poszłam dalej. Czyta się dobrze, ale jakże to wszystko jest nijakie, puste i miałkie.
Nie bulwersują mnie żółte z przodu i brązowe z tyłu majciochy klientów łaknących seksu. Nie oburza mnie Milan, pragnący wybić się na swoim penisie do jachtowych wyżyn. To wszystko może być materiałem na dobrą powieść. Ale tym razem pewność siebie autora zawiodła. Rozmazał całą fabułę na granicy austriacko-szwajcarskiej. I kamień na kamieniu nie został. Tylko żużel chrzęści między zębami...

To już chyba nie te czasy, kiedy obolała dupa broni się sama. Potrzebne jest wsparcie giermków, wiernych, dupowych rycerzy. A tu wyrazistych, fascynujących charakterów brak. Ta biedna, zdarta Michaśka przewija się przez kolejną powieść ale tak jakby powietrze z niej uszło. Tak jakby wielość postaci, w które przepoczwarza się w życiu osobistym i literackim Witkowski, odarło jego książkowe alter ego z oryginalności i dowcipności. Brakuje tak silnych charakterologicznie postaci jak Mariuszek, Radwanicka, Lady Pomidorowa. Fonetyczne zapisy rozmów toczonych w języków obcym szybko przestają być interesujące, jest tego po prostu za dużo.

A wkoło tyle pozytywnych recenzji... Jak tu więc liczyć na to, że następnym razem będzie jednak lepiej?

poniedziałek, 24 sierpnia 2015
Dobrze posmarowane słabo pojechane czyli na czym małżenstwo Żaków zbija mamonę

Włączyłam dziś TV. Emitowana była reklama. Wydarzył się dramat. Dramat mną pozamiatał. Nie wiedziałam, że tak można. Za takie pomysły winna się należeć chłosta. Chłosta publiczna.

Pokrótce. Rzecz tyczy się margaryny. Nie pomnę nazwy. Takiej do smarowania. Reklamuje ją aktorskie małżeństwo Państwa Żak. Pan Żak jest sklepikarzem, który sprzedaje chlebki. Przyjeżdża do niego Żakowa. I się zaczyna. Jak się nie dorwą do ciasta jak nie zaczną go zagniatać i dusić formując bochenki. Kulają okrągłe pieczywka, na drewnianych łopatach cisną do pieca. A potem wyjmują, kroją, smarują masłowym erzacem i jakże wcinają. Nie oblizując się jednakowoż. Potem oddalają się, pchając rowerek, od piekarenki. I co ważna. Całą reklamę śpiewają. Śpiewają pieśń ku chwale margaryny na nutę ponadczasowego i kultowego przeboju Jesteś szalona mega grupy Boys.

Ileż w tym krótkim filmiku jest erotyzmu. Jak oni na siebie spoglądają, jak się tykają! Taka podnieta żywcem z Klanu wyjęta. Dwie bestie walczące o względy doktorskiego ciacha Lubicza mogą się wiele nauczyć. Tyle żaru, prądu i napięcia. Tak Jerzy nęci Elżbietę a Jeremiaszek panią Stasie. To są lata ćwiczeń. Krew, pot i łzy.

Często jest tak, że produkt, który chcemy zareklamować nie jest zbyt wdzięcznym obiektem. Maść na hemoroidy. Papier toaletowy. Bez pokazania dupy jest ciężko. Podpiera się więc twórca zwierzętami, im mniejsze i bardziej puchate tym srajtaśma bardziej wiarygodna. Piękna kobieta i paląca odbytnica, to się sprzeda, jeśli ból i swędzenie dobrze odbić w głębi spojrzenia damy.
Jak widać, żeby sprzedać margarynę, trzeba pokazać jak stworzyć idealny bochen chleba. Nie jak utrzepać margarynę. To temat niewygodny. Masło prosta sprawa, ale jak pokazać tłuszcze utwardzone? Bo przecież one zamieszkują pod margarynowymi wieczkami... No ale w końcu jak Żak je, to mogę zjeść i ja. A jak dwa Żaki spożywają to posmaruję grubiej.

Internet śmieje się z reklamy środka na potencje:

Czekam na memy margarynowe...

Pozostawiam Was z wybornym smakowidłem.

Tagi: Smakowita
23:23, eveliina_m
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

kontakt

Statystyki:

AKTUALNIE ONLINE: