RSS
środa, 07 marca 2012
Daj człowiekowi bez pracy pilot od telewizora a wyciągnie włosy z odpływu

Nie oglądacie telewizji bo nie macie odbiornika, czasu, potrzeby, chęci. Praca, dzieci, zwierzęta, pranie, prasowanie, sprzątanie, spanie. Absorbujący świat dokoła. A tu taka rozrywka Wam umyka. Szerokie spectrum wspaniałości, o którym nawet nie zamarzycie. Przez myśl Wam nie przejdzie, że można takie programy konstruować, że takie rzeczy ludziom się przytrafiają. Gdyby Terencjusz żył w naszych czasach, nawet ironicznie zapewne bałby się wyrokować, że jest człowiekiem....

Będziemy poruszać się w tematyce paradokumentalnej, bo to ona zakręciła mną jak bąk i wycisnęła wągry na twarzy. Programy o których będzie mowa trącą bazarową science-fiction i nie maj nic wspólnego z dobrym smakiem. Posmaruję Was brudem...

Ciąża prawie zawsze zaskakuje, nawet tych co się spodziewają i pracują w pocie czoła. Ale niektórych dobra nowina nachodzi niespodziewanie podczas...porodu. Format I didn't know I was pregnant skupia kobiety, które właśnie takie przygody przeżyły w swoim życiu. Zaklinają się, ze nie miały żadnych objawów, niewiele bądź wcale nie przytyły, nie odczuwały ruchów dziecka. Zakładając, że wszystkie mówią prawdę, przypadłość ta dosyć często dotyka panie w USA. Poradniki biorą w łeb, lekarze nie zarabiają na wizytach kontrolnych i badaniach a herosi się rodzą. Zdrowi, silni, zapewne mniej od rodziców zaskoczeni. W miejscach różnych, nie koniecznie w szpitalu - np. jeden z przypadków opowiada historię kobiety, która poczuła potrzebę skorzystania z toalety a tu pstryk, nie tak zazwyczaj to wyglądało...miało oczy...
Także dziewczęta, trzeba zachować czujność, bo nawet jeśli wydaje się Wam, że to nie miało prawa się zdarzyć, to możecie zaliczyć zaskoczenie życia. Ale potem to już tylko flesze i odcinek z Waszym udziałem w Ciąży z zaskoczenia (polskie tłumaczenie). 

A może coś o zwichrowanych nawykach? W programie Moje paranoje jest ich bez liku. Obgryzasz paznokcie, boisz się ciemności, uciekasz przed robactwem? Słabeusz z Ciebie. W Stanach Zjednoczonych ludzie:

1. zjadają ściany z karton-gipsu i po siedmiu latach biesiadowania zaczynają snuć refleksje, że to chyba szkodzi

2. wyciągają z odpływów pukle włosów, które następnie rozczesują palcami, bardzo ich to bowiem uspokaja. Jak zabraknie włosów w domu, chodzą do znajomych w odwiedziny i bawią ich szczecinami. Także jeżeli któryś z gości zamknie się na dłużej w Waszej łazience to wiedz, że coś się dzieje.

3. zaciągają się zapachem benzyny, której butelka towarzyszy im nieprzerwanie od 30 lat i robią rybi pyszczek jak ktoś im mówi, że to szkodzi nie tylko na układ oddechowy.

4. wyrywają i zjadają mieszki włosowe, więc mają ubytki w owłosieniu

Można z czystym sumieniem oglądać taki program, siedząc na kanapie i pogryzając kozy z nosa, gładzić się po brzuchu i nucić - ale jestem normalnie zajebisty.

Jeśli ktoś nie gustuje w połykaniu, pogryzaniu i miętoleniu może uwikłać się w toksyczną miłość do zwierząt. Zwierzęca obsesja opowiada o ludziach nie radzących sobie z emocjami i otaczającym światem (podobnie z resztą jak Moje paranoje). Antidotum na smutki i rozterki są zwierzęta w ilościach hurtowych - koty, psy, ptaki, węże, kury, robaki. Dezorganizujące życie, paskudzące z taką prędkością i w takich ilościach, że w pewnym momencie wszyscy dają za wygraną. Czasem jakiś zwierzak padnie, ale w sumie i tak nikt nie czuje swądu truchła, bo przegrywa w starciu z odchodem. I tak sobie żyją wbrew całemu światu, który w rezultacie ich naprawia. Z korzyścią oczywiście dla obydwu stron. 

Jeżeli komuś brakuje analizy psychologicznej odsyłam do Katarzyny Cichopek, ona ma nowatorskie podejście do rzeczywistości, zapewne jej efekt zająca wyjaśni to wszystko o czym ja nie mam zielonego pojęcia. Ja tylko oglądam.

Nic nie tłumaczy tracenia czasu na przyglądanie się takim produkcjom. Nie namawiam. Powiedzmy, ze będę czasem robić to za Was. Czujecie ten przypływ wolnego czasu, który Wam ofiaruje? Nie dziękujcie. Nie trzeba. 

14:50, eveliina_m
Link Komentarze (2) »
środa, 22 lutego 2012
Niech Paszporty w szufladzie nie gniją

Po prostu mi się ulało. I wcale nie dlatego pisze, że zmarła dziś ikona, bo serial ani na tym zyska ani straci. Choć w sumie jak nadmieniłam, to może pociągnę na dobry początek - to była rozczulająca scena w anturażu tasiemca W labiryncie. Sposób realizacji, przedstawienia, koloryt, pejzaż, wszystko w słodkim klimacie lat osiemdziesiątych. A ten upadek Ryszarda, niczym w klipie Enigmy Return to innocence. Śmierć Lubicza zasponsorowali obywatele płacący abonament. Więc jeśli ktoś uważa, że było mało spektakularnie, niech sprawdzi ostatnie odcinki opłat. Sami sobie zgotowaliśmy taki los.

Ale żeby denat na coś się przydał w tym wpisie, niezbędnym jest przekucie go w jakąkolwiek paralele. Spróbujmy może w ten sposób:

Paszport uprawnia nas do przekraczania granic, poznawania, smakowania, konfrontowania. Nie inaczej sprawa ma się paszportem jako wyróżnieniem przyznawanym przez poczytny polski tygodnik. Autorom daje glejt genialności, odbiorcy podążać mają za jego opiniotwórczym światłem. 
W 2010 roku w dziedzinie literatury została wyróżniona powieść Balladyny i romanse Ignacego Karpowicza. Sporych rozmiarów pozycja, na pierwszy rzut oka dosyć oryginalnie skonstruowana, całkiem obiecująca, dawała nadzieje na kilkanaście dobrze zainwestowanych godzin czytania. Po przedarciu się przez połowę prozy, miejscami trywialnej, niesmacznej, nudnawej i naciąganej nastąpiło me olśnienie i w jednej sekundzie zrozumiałam jak powstało to wyróżnione dzieło. Poczułam, że coś łączy mnie z Panem Karpowiczem. Wyobraziłam go sobie siedzącego i dumającego nad tym, jak stworzyć dzieło na tyle dobre, by zostać za nie nagrodzonym. I w końcu jest, IDEA - zestawię świat doczesny (profanum) ze światem boskim (każdy gabaryt mile widziany, pomieszamy wszystkie boskie wyobrażenia, niech wybuchnie - to będzie sacrum) a potem skrzyżuje sacrum z profanum jak konia z osłem i zamulę społeczeństwo. Genialne. Taki przepis na sukces, przygotowywany jeszcze przed skonstruowaniem fabuły. Idąc na maturę pisemną z języka polskiego wiedziałam jedno - pomysł to 90% sukcesu. Posłużyłam się perfidnie Płonąca żyrafą Salvadora Dali i wielością szuflad na obrazie. Wystarczyło akcję pracy przenieść na tło dzieła, do każdej z szuflad włożyć po jednym tytule książek, na których się opierałam i sukces murowany. Konstrukcja musiała pasować do jednego z zagadnień. I pasowała. Przewaga nad Panem Ignacym była taka, że moja praca miała kilka stron i nie zdążyła zblazować czytającego. No i młodszemu bez doświadczenia "pisarzowi" więcej wolno. Ale to w sumie nie wina Ignacego Karpowicza, że dostał paszport. Może nagroda przyznawana była za procent zdartych opuszków? Byłby w tym twierdzeniu ukryty sens, ponieważ w 2011 roku wyróżniony został najlepiej zachowany naskórek paluszkowy. Mikołaj Łoziński napisał Książkę, którą czyta się w dwie godziny. I chyba nie zlasował sobie mózgu nad fabułą. Wyszło naturalniej, ale bez adrenalinowego kopa, który pozwoliłby mi na szalone przeglądanie Internetu w poszukiwaniu innych pozycji M.Ł. oraz marzenie o romantycznej sesji fotograficznej autora spowitego płatkami róż i pachnące bzy. Bo jak brać to tylko garściami i zakochiwać się w całokształcie do bólu.

Czy więc malkontent ma coś pozytywnego do powiedzenia o literaturze? A tak. DLACZEGO DO JASNEJ CHOLERY DUMANOWSKI SZOSTAKA NIE ZAKWALIFIKOWAŁ SIĘ NAWET DO FINAŁOWEJ TRÓJKI? Powieść doskonała, z polotem, fantazją, humorem. Kto się odważy posłać Mickiewicza i Słowackiego na dziwki? No kto? No własnie Szostak i pewnie dlatego pogłaskano go tylko po głowie, zbyto frazesem - obiecująca twórczość i uściśnięto dłoń panu, który popisał o babci i mamie. Co konkretnie? Już zdążyło wypaść, wiec chyba nic odkrywczego ani wstrząsającego.

W latach 90-tych większość społeczeństwa dzierżyła w dłoniach Paszporty Polsatu, licząc na wielką wygraną. Ryszard dostał dziś paszport do raju. A Panowie Ignacy i Mikołaj mają Paszporty Polityki. Trzymam kciuki, żeby wrócili z podróży. Obiecuję, że przeczytam.

21:36, eveliina_m
Link Komentarze (2) »
niedziela, 13 listopada 2011
Dajcie nam polizać Bohatera

Wpis miał powstać 11 listopada, ponieważ tematyka przystawała mi do tego wyjątkowego dnia. Może dobrze, że lenistwo wpłynęło na poślizg, bo teraz mam inny ogląd na sprawę i pojęcie narodowego bohatera zyskało całkiem inny wymiar.Ale w sumie to nie o tym chciałam.

Lubimy jak ktoś zrobi nam dobrze. Jest wręcz wskazane, aby każdy z nas miał takiego inspirującego łechtacza (brzmi dość dwuznacznie, ale proponuję to olać). Idol, bohater, guru, mentor, określenia można mnożyć. Chyba dobrze mieć rozumnego przewodnika, który twórczo nas napędza, który zachwyca swą postawą, pcha do przodu, nawet jeśli pod prąd.
Od jakiegoś czasu zauważam, że zaczynamy być niebezpiecznie napastliwi wobec swoich idoli. Nie wystarcza nam subtelna relacja UCZEŃ-MISTRZ, zaciera się, niestety, hierarchia, a co za tym idzie, przewodnictwo zostaje brutalnie odebrane. Pozostają jedynie pozory. Dokonujemy gwałtu na żywym organizmie. Nie na mentalności, bo ta zajmuje nas najmniej. Interesuje nas człowiek. Teoretycznie istota żywa, ale tak naprawdę przywiązujemy się do jego wyobrażenia. Wyobrażenia, które w naszej głowie najczęściej ukształtował ktoś inny. My przejęliśmy go od ogółu.
Powie ktoś - kolejny pies uwiązany na szyi kultury popularnej. No tak, cóż poradzić. Dynda i wyje. I choć mam wiele sympatii dla popkultury, to nie mam problemu, żeby dźgać ją tępym narzędziem w nerwowy splot. Sadystka.
Powie ktoś - to nie o mnie, ten akapit powyżej. Wiem, nie każdy się wpisuje. Więc niech nie każdy poczuje się trachnięty.

Kto zapisał się do fan-page kapitana Tadeusza Wrony, palec pod budkę! Czy nie uderza was niesmaczny kierunek w którym dryfuje ta strona? Gawiedź trzęsie się i wije w konwulsjach, bo ktoś zestawił na demotywatorze kaczkę i wronę. Czy półtora roku temu nie powstawały identyczne witryny, bo społeczeństwo miało swego bohatera-pogrobowca? Płakali, żałowali, kajali się i tonęli w hektolitrach swych rozpaczliwych wydzielin. Chip pamięci popkulturalnej, który ktoś wszczepił nam przez sen, pozwala nam w kilka chwil zapomnieć o tym jak na medialnej fali zachowywaliśmy się tydzień, miesiąc czy rok wstecz.

Podobno żyjemy w podłym świecie i autorytety są nam niezbędne. Pan kapitan w jednej sekundzie, wbrew sobie, stanął na świeczniku. Media skierowały na niego stroboskopowe światło, on się marszczył przyzwyczajając oczy do tego oświeceniowego szaleństwa a myśmy bili brawo i zabijali się o kawałek szaty. Cudna przypadłość czasu sprawi, że za chwilę relikwię wrzucimy do popkompostownika. I wszystko zgnije. 

TVN od jakiegoś czasu szuka Zwykłego Bohatera. Kogoś kto bezinteresownie pomógł drugiej osobie. Pragnie wyciągnąć go z cienia skromności i nagrodzić kwotą w wysokości 200 000 zł. Mniejsza o konwencje programu. Pytanie, czy znowu popkulturowo nie zabijamy istoty. Chcąc nagrodzić dobre serce niechcący zamieniamy je w sejf z kodem dostępu. To niezwykle trudna kwestia, niejednoznaczna. Nie wiem co mam o niej sądzić.

Jestem niestała w idolowych uczuciach. Niepostrzeżenie, w sposób metafizyczny, wyrzucam ze swego poglądowego łoża kolejne postaci, albo raczej ich wyobrażenia. I staram się z całych sił, by nie umorusać go nieodpowiednimi osobami. Takimi, które nie zasługują na zgłębienie tajemnic mej alkowy, albo takimi, które nie chcą w niej się znaleźć. Bo przecież nie odrazu trzeba iść z sobą do łóżka.

Wpis ten dedykuję Krzysztofowi, który w międzynarodowej atmosferze natchnął mnie twórczo :)

20:42, eveliina_m
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 listopada 2011
Wokalista poszukiwany - oferta nieaktualna

Na temat programów telewizyjnych szukających talentów wokalnych napisano już tak wiele, że od kilku dni zastanawiam się, czy podjąć to zagadnienie na blogu. Jednak w tym dniu narzuconej zadumy sapnęłam sobie kilkakrotnie nad parszywym, niczym gnijące dynie po Halloween, losem młodych, zdolnych wolnych elektrod. No właśnie, elektrod...

Nie mnie dywagować czy Gienek Loska nagra dobrą płytę albo jakim tępym narzędziem Michał Szpak piłuje sobie skrzydełka. Zajmuje mnie aspekt bumerangowości uzdolnionych, którzy zwinnym ślizgiem przemykają się między programami. Po porażce szukają kolejnej trampoliny, jakby moc wybicia generowana była przez konkretna stację telewizyjną.
Przykładów nie trzeba długo szukać. W programie The Voice of Poland (TVOP - będe stosować ten skrót) telewizyjnej dwójki, występuje Mateusz Krautwurst, facet, który dał się poznać jako świetny wokalista kilka lat temu w polsatowskiej Fabryce gwiazd (dla tych wszystkich, którzy nie oglądali - w jury tego show zasiadała Kayah). Teraz Kayah przycupnęła w fotelu jurorskim w TVOP i pieje z zachwytu nad genialnością Mateusza. Z jej ust padają epitety - doskonały wokalista, artysta skończony. Skoro jest taki perfekcyjny teraz i był świetny kilka lat temu, dlaczego musi się szwędać po kolejnych produkcjach? Czyżby tak naprawdę nikt nie był zainteresowany promocją talentu? Rozumiem, że rzeczą najważniejszą są oglądalnościowe słupki, ale dlaczego telewizja skazuje wokalistów na wieczna tułaczkę, póki medialny trąd nie upierdzieli im nóżek? Ale w sumie bez nóżek też sobie można radzić - wiara we własny geniusz przyprawia skrzydła. Poważnie. Byłam świadkiem takiego cudu za pośrednictwem wspomnianego już TVOP. Zza światów wrócił Piotr Lato, zapisany złotymi zgłoskami na stronicach kroniki popkulturowej jako jeden z pierwszych uczestników programu Big Brother. W międzyczasie przewinął się przez Idola. Chciał się znowu pokazać szerokiej publiczności. Przyszedł. Ubrany według wędkarskich trendów, brakowało mu tylko spławika u kapelusza. Przyszedł z dobrą nowiną. Tylko nie wiadomo dla kogo. Rzucił pracę, bo po raz kolejny poczuł, że musi śpiewać. Wybrał Pearl Jam. Wykonał. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby Eddie Vedder nigdy już do Polski nie przyjechał. Dorosły facet, otoczony życzliwymi ludźmi(głęboko w to wierzę). I oni mu na to pozwolili....

Wizja utrzymania siebie tylko dzięki talentowi nęci. Gabriel Fleszar również stanął w szranki w TVOP. W takim samym anturażu, identycznie zbuntowany. Jurorzy go znali (no może poza Nergalem, który nie gustuje w popkulturze, ale piosenki dla swojego zespołu wyjmował bynajmniej nie z gustownego wora). Producenci muzyczni zapewne też o nim pamiętali. Odpadł. Całkiem szybko. I jeszcze Marcin Koczot. Wokalista, którego prezentacji towarzyszyła zasłona dymna, twarz zaciemniona, głos zniżony. Nim zdążył wejść na scenę, między wdechami wybąkał, że gra w zespole Patrycji Markowskiej. Ech ta konspiracja. Chciałbym ale boję się. Z jednej strony idę do programu, bo nie chce niczego zawdzięczać córce wielkiego wokalisty, ale z drugiej ubezpieczę tyły jakby ktoś chciał mi zbyt szybko zasadzić kopa w tyłek. Bo przecież gram u Markowskiej.

Wszyscy chcą śpiewać. Ja też. Ale mnie nie wolno. I wielu innym też powinno się zabronić tego procederu. Są jednak jednostki, którą muszą to robić. Dla nich tworzone są programy, które zgrabnie zamiatają większość uzdolnionych pod medialny dywan. Albo zmuszają do pielgrzymowania pod inne drzwi. A na drzwiach wciąż ten sam napis.

19:05, eveliina_m
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 października 2011
Jeszcze nie wiem o czym piszę czyli Hołowni i Prokopa rozmowy

Mój nieulubiony autor Paulo Coelho, płodny jak królik zażerający się czarnoziemem, brylował w osobistym zestawieniu literackich betonów ze względu na rzeczoną płodność. Zakodowałam więc w swej głowie dogmat - natłok to ZŁO!

Nadszedł jednak weryfikacji poglądu czas... Zorientowałam się, że postać, którą darze ogromną estymą pisze jak szalona. I jeszcze na kartach swoich publikacji rzuca sobie w twarz oskarżenia grafomańskie. Bosko.

W listopadzie premierę będzie miała kolejna książka Szymona Hołowni Bóg, kasa i rock'n'roll, która stanowić będzie zapis rozmów, jakie autor prowadził z Marcinem Prokopem. Nie wiem, czy pozycja uzyska znienawidzone przeze mnie miano bestsellera, czy spodoba się antydeistom, w sumie kompletnie o to nie dbam. Ja na pewno przeczytam bo rozprawy o kulturze, nawet tej niskiej, popcornowej, prowadzone w racjonalno-religijnym anturażu, budzą mnie z jesiennego letargu.

Nie ma drugiej takiej osoby w TV jak Szymon Hołownia, Nikt do mnie z małego ekranu tak świadomie i pewnie nie mówi jak właśnie on. To medialny potwór o stu głowach, którego merytorycznie nie da się zagiąć. I można się z nim nie zgadzać, nie szczuje ekskomuniką.
Prokop natomiast, ostatnio zjadł swój własny ogon albo jak kto woli liznął się po swym popkulturowym odbycie przyjmując propozycję prowadzenia teleturnieju Milion w minutę. Program skrojony tępymi nożyczkami, nagradzający zręczny brak talentu, stawiający przed uczestnikiem wyzwanie zabarwienia papierka lakmusowego trzewiowym bekiem. Stwierdzenie - czego się nie robi dla pieniędzy jest w tym przypadku niesmaczne. Ale perfumuję niesmak kadzidłem i już w mej głowie Marcin Prokop znowu jest błyskotliwym, inteligentnym człowiekiem, który wie jak z Hołownią rozmawiać.

Poczekam. Przeczytam. I to już koniec. Nie macie pojęcia o ile łatwiej człowiekowi krytykować. Krytyka to trzepanie odtwórczej piany. Pozytyw to esencja. Ciężko utrzymać jej klarowność. Dlatego już nie mące. Załączam okładkę.

21:24, eveliina_m
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 czerwca 2011
Paris w New Jersey odbija się pustką

Wakacje, przygoda, nuda, pierdy popychane i rzucane w stołek i cała reszta, która wiąże się z czasem wolnym. Ostatnio nie pisałam. Bynajmniej nie z powodu zażyłości z rzeczonym pierdem. Scedowałam swoją energię gdzie indziej. Ale powoli wracam. Łykam harmonię i równoważę balans ciała hobbystycznego. 

Dziś chcę się zająknąć o pustce, nieróbstwie, marnotrawstwie czasu które ubiorę w strój kultury próżniaczej. Wykroję jej mały aspekt o podłożu medialnym i przeskanuje parszywym okiem telewizyjnego trolla.

Kto chce być najlepszą przyjaciółką Paris Hilton palec pod budkę, bo za minutkę budka się zamyka i będziecie mogli sobie wsadzić paluch w nosowe czeluście. Paris choć znana, bogata i rozpoznawalna wciąż szuka. Panowie, instytucja przyjaciółka jako męskiego odpowiednika kumpeli na zabój również brana pod uwagę. Orientacja homoseksualna mile widziana. 
MTV pomaga w żmudnych poszukiwaniach, kręci kolejne części. Aktualnie Hilton zapuściła się do Bangkoku, by wśród egzotyki i zróżnicowania kulturowego odnaleźć tę jedną jedyną jedzącą jej z ręki osobę. Pozornie orientalny klimat programu pryska jak bańka mydlana po kilku minutach oglądania, ponieważ uczestnicy, nie zawsze wychowani w kulturze wschodniej, są wyznawcami masowej miazgi, której guru jest córka milionera.
Program emitowany w odcinkach trwa kilka tygodni. Grupa uczestników wykonuje zadania, często uwłaczające ich godności, które mają potwierdzić ich bezinteresowność wobec Hilton. Co jakiś czas odrzucane są kolejne osoby, które niedostatecznie czczą dziedziczkę. Gdy już uda się wykończyć konkurencję, można sobie przytwierdzić do piersi ziemniaczany tytuł Kumpeli na zabój Paris i wpaść w przepaść zapomnienia. Bo w końcu w przygotowaniu kolejna odsłona show i trzeba się skupić na nowych poszukiwaniach. 

Paris Hilton w tym wydaniu to władcza ikona stylu, dobrego smaku, uosobienie cnót wszelakich. To niedościgniony ideał kobiety, przyjaciółki, człowieka sukcesu, istoty w sensie społecznym. Pianie z zachwytu nad jej wyjątkowością oplata krzykiem niemalże cały świat. Abstrahując od wybryków, które odbiły się głośnym bekiem o wiele par uszu, bo każdy ma do tego prawo, z przykrością stwierdzam, że przed programem nikt nie zrobił milionerce restartu mózgu. Jej cały świat to imprezy, zakupy, czerwony dywan i samce. I ślepa fascynacja ogromu ludzi. Hilton zmierza w kierunku życiowej nicości. Swoja pozycję zawdzięcza ojcu i jego pieniądzom. Jednak rzeszy wydaje się to kompletnie nie przeszkadzać. Razem z nią obierają azymut ISTNIEĆ. Istnieć bez wyzwań, bez przeszkód, bez bólu i wysiłku. Tak po prostu. Gdyby chodziło choć o kult ciała, to byłby jakiś punkt zaczepienia. Ale niestety. To ślepe hołubienie kogoś, kto nie wygląda, nie śpiewa, nie tańczy, nie gra, choć zapewne tak mu się wydaje. Można by się zapędzić, że nie istnieje. W pewnym sensie bowiem tak jest.

Jest jeszcze jeden program familijny, który schlebia filozofii pustki wyniesionej na ołtarze medialne. "Ekipa z New Jersey". Grupka ludzi, mieszkająca wspólnie pod czujnym okiem kamery, parająca się na co dzień niezbyt górnolotnymi zajęciami. Dzień jest męką istnienia, natomiast w nocy otwierają się ich oczy, ramiona, usta, kolana stają się odrębnymi jednostkami i rozpoczyna się libacja. Dzień w dzień wypady do barów, a tam opilstwo, rozróby i romanse. Mężczyźni co rusz z nowymi kobietami, o krótkim terminie przydatności, w swoich łóżkach i jacuzzi, kobiety w ramionach opalonych osiłków. Z braku zwierzyny łownej w barach, występuje również krzyżowanie się osobników wspólnie mieszkających...

W programie o nic nie chodzi, nawet o przysłowiową marchewkę. Jest on próbą ukazania ideału życia współczesnego człowieka między 20 a 30 rokiem życia. Taki hedonizm naszych czasów. Oprócz swobody seksualnej, hektolitrów alkoholu oraz wbijannia na twarzach innych szlaczków sygnetowych warunkowanych nagłym przypływem agresji i adrenaliny produkcja nie pokazuje nic innego. A mimo to fanów nie brakuje. Młodych ciągnie do bezsensownego nieróbstwa, schlebiają nudzie, sztampie. To nie jest przepis na weekend. To jest sugestia na życie. Do tej pory powstały trzy części. Trwają przymiarki do kolejnej. To potrzeba chwili...

Marnotrawię swój czas na te medialne bachanalia, żeby o nich pisać. Jestem wykolejonym pustakiem. Mam jednak mocną psychę i nie daję się wciągnąć w ziejące pustką atrakcje. Dobrze wiedzieć co kręci młodzież. Szkoda tylko, że jest to przezroczyste, nudne, proste NIC. "Kultura próżniacza" rulez.

13:11, eveliina_m
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 04 kwietnia 2011
Cycki se usmaż - czyli dobre rady zawsze w cenie

Idealnie by było, gdyby wszystkie kobiety świata roztaczały woń jaśminu, cerę miały świeżą niczym płatek róży, celulit znały z podręcznika "Pasztet miniony" i codziennie budziły swych mężczyzn metalicznym dźwiękiem wygrywanym na żeberkach swego kaloryfera. Po pięciu porodach. Świat się zmienia, telefony komórkowe przepoczwarzają się z cegieł w format absurdal mini, kobiety od lat oddalają się od formy wild koczkodan i zmierzają w kierunku zwiewnej gazeli. Ale to wszystko za mało. W dzisiejszych czasach nie wystarczy się ogolić, umyć, uczesać ładnie, ubrać schludnie. Przynajmniej to starają się nam przekazać media. Ale od jakiego czasu obraz przestaje być jednoznaczny. Ale nie miejcie złudzeń, wąsiki damskie wciąż nie są trendy.

Coraz częściej stacje komercyjne sięgają po format, który roboczo możemy nazwać - od kaczora do gwiazdora. Schemat działania - bardzo proszę - bierzemy zaniedbanego wizualnie człowieka, kształtujemy jego sylwetkę, odpicowujemy brykę (czyli doprowadzamy stan twarzy do obowiązujących norm wizualnych), pokazujemy jak ma się nie ubierać i wpisujemy na listę udanej metamorfozy. Dawniej częściej sięgano po wprawną rękę chirurga plastycznego, dziś największy nacisk kładzie się jednak na naturalność. Naturalność, ale pod pełną kontrolą. Poradnikowe programy mówią nam jak się ubierać jeśli jesteśmy klepsydrą, jak dobierać bieliznę jeśli rozmiary biustu i opony okołobrzusznej w stopniu znacznym przewyższają normy europejskie. Jak się czesać jeśli haczyk nosa sięga dolnej wargi i czy spalona trwała to wciąż najlepszy wabik na koneserów zadbanych włosów. Można się śmiać, ale jestem pewna, że za sprawą tych produkcji wiele osób stało się bardziej pewnymi siebie. Odnosi się to zarówno do uczestników jak i do oglądaczy. Bo jak nie uwierzyć oglądając program "Jak dobrze wyglądać nago", że jednak będąc klasyczną bezą można wydobyć z fałdek tłuszczu swój osobisty czar? Uwierzcie, że można się podbudować. A że ta podbudówka ma liche fundamenty? Nieważne. Telewizja jest czarowna poprzez swój efemeryczny charakter przecież.

Jesteśmy wtłaczani w pewne wizualne schematy medialne. Wszędzie czytamy jak powinniśmy się ubierać, jak powinniśmy się prezentować. Indywidualność zostaje zepchnięta na boczne tory, propagowane jest raczej powielanie pewnych wzorców, wzajemne kalkowanie. Tytuły w prasie tabloidowej czy też portalach internetowych krzyczą - zobacz jak się ubrała, spójrz na jej makijaż albo na jego brak, coś jej się wylewa zza paska, chyba się co nieco spasła...To jak to w końcu jest, jaki media mają wpływ na kształtowanie naszego wizualnego ja?

Zbawienny jeśli chcemy a nie wiemy jak ogarnąć naszą powierzchowność. Dramatyczny jeśli chcemy ale w sumie nam się nie chce, bo tylko się frustrujemy. Dobijający jeśli nie mamy środków finansowych. Bez znaczenia, jeśli przede wszystkim cenimy sobie nasza indywidualność. Osobiście proponuje zdystansowaną ciekawość. Może coś się wyniesie dla siebie, ale bez ciśnień. Jak coś nam nie będzie odpowiadało zawsze pozostanie siarczana maksyma-klucz......Cycki se usmaż.

Ten post dedykuje Cichemu, wielkiemu amatorowi dobrze wysmażonych :)

 

17:47, eveliina_m
Link Komentarze (6) »
piątek, 25 marca 2011
Co nas kręci, co nas podnieca, czyli wciągnij se pan ścieżkę cukru...

Telewizja kłamie. Dlatego nie płace abonamentu. Jest pełna tandety, płytkiej rozrywki, hałasu, reklam i przemocy. Telewizja kłamie. Łatka przyspawana, praktycznie nie do usunięcia. Spuścizna minionego ustroju, który rolował mózgi na miarę skrojonymi programami. Wszędzie wietrzymy podstęp, oszustwo, kłamstwo, blagę. Wpatrujemy się z uwagą w szklane odbiorniki i szukamy dowodów na spiskową teorię mediów. Niczym poszukiwacze wpadek filmowych w produkcjach oskarowych, staramy się wypatrzyć zegarek na ręce gladiatora. Drobne sukcesy okraszamy mruknięciem satysfakcji, które z czasem przestaje wystarczać. Musimy dzielić się swoimi spostrzeżeniami z otoczeniem. Im większe gremium tym lepiej. Internet jest optymalnym wyjściem. Jeśli komuś to nie wystarcza może wpaść w szał...

Żyjemy w społeczeństwie konsumpcyjnym, jemy, przetwarzamy, wymyślamy, kupujemy przez co stajemy się...Stajemy się oszołamami epoki. Ponieważ drastycznie drożeje wszystko wokół nas, dlatego napychamy kabzę cukrem. Biała śmierć, jak mawia wielu, jest naszym narodowym złotem, które znika z półek w tempie zastraszającym. Biedronkowe Eldorado, przybytek ubogich jak mawia klasyk - Kaczyński, wprowadza cukrowe embargo. Lud się burzy, szaleje. Przecież w telewizji powiedzieli, że kryształ będzie drogi, droższy, najdroższy. Kupować, konsumować, na jutro, na zaś, na zawsze. Oby nigdy nam cukru nie zabrakło. Okopmy się w nim, owińmy pajęczyną ze słodkiej waty, wciągnijmy nosem, wypchajmy swe dziury... Nie wątpimy w prawdomówność telewizji. Łykamy prognozy, dajemy się ponieść fali spekulacji, złe informacje to prawdziwe informacje.

Media donoszą, że z aptek znikają preparaty zawierające jod. Zbroimy się przed japońskim promieniowaniem, które ponoć nie ma prawa wystąpić w naszym kraju w takim natężeniu, by włos nam z głowy spadł. W tym przypadku dobre informacje to kłamliwe bzdury. Pamiętamy Czarnobyl. Drugi raz nas nikt nie oszuka. Przegryzamy jod cukrem w kostce. Zaraz każda rodzina wyposaży się w wielką, końską belę soli i po każdym posiłku wykona kilka rytualnych lizów. Jak prawdziwi przyjaciele zjemy jej beczkę.

I jeszcze jeden fakt. Kilka dni temu trzej młodzi aktorzy zburzyli pozorny ład stolicy, awanturując się na ulicach. Alkoholem zionęło im z ust a z kieszeni wiało marihuaną. Oburzyło to prasę kolorową a wraz z nią miliony czytelników. Osoba o znanym nazwisku ma inny kodeks moralny. Wiadomo. Wałkowane non stop sploty przekleństw, które skierowane zostały do policjantów, jak folklor nabierają wariantywności i wariabilności. Historie snute na temat przyszłości ich karier kreują drastyczne scenariusze. Wraca jak bumerang pytanie - co na to ich rodzice, jak ustosunkują się do wybryków osesków. Cóż z tego, że wiekowych.

Media przypominają święty obrazek, który pamiętam z dzieciństwa. Składał się z trzech różnych przedstawień, które zmieniały się zależnie od miejsca, z którego na nie spoglądaliśmy. Wszystkie trzy były atrakcyjne, mechanizm działania fascynujący ale zawsze znalazł się faworyt wśród trzech wizerunków. Nad nim można było pochylić się na dłużej. 
Sami wybieramy wiarygodne i interesujące nas newsy, przetwarzamy i wyciskamy z nich to, co nam jest potrzebne w codziennej egzystencji. Świadomie bądź nie, ulegamy społecznym psychozom i wtedy gdy powinniśmy czuć nieświeży oddech mediów na naszej twarzy wydaje nam się że zalatuje lawendą. A przecież jesteśmy specjalistami w wykrywaniu szwindli. I nie z nami manipulacyjne numery o straszne Brunery, o straszni Brunerzy...czy jakkolwiek.

15:47, eveliina_m
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 14 marca 2011
Nie będzie obcy pluł nam w twarz...czyli czy więcej czasu antenowego w radio dla polskiej muzyki zryje nam beret?

Wyobrażacie sobie świat, w którym Olek klepie się na ławce po kolanku trzy razy częściej a Piasek pięć razy dziennie spożywa śniadanie dostarczone wprost do łóżka? To może brzmieć jak szczęk łańcuchów na ulicy Wiązów, ale wkrótce może nas empirycznie ogarnąć. Sejm, podpierając się prawem unijnym zmodyfikował ustawę o ochronie języka polskiego w rozgłośniach radiowych i ponoć już wkrótce nie będzie grania polskiej muzy po ciemnych nocach ale w najlepszym czasie antenowym czyli od 5 do 24.

Rodzima twórczość musi zajmować w pasmie audycyjnym objętościowo 1/3 całości, z której 60% powinna być odtwarzana w wyżej wymienionych godzinach. Do tej pory polskie piosenki zakradały się do naszych uszu najczęściej podczas błogich pochrapywań czyli wtedy gdy słonko śpi.

Dodatkowo, piosenka debiutanta ma mieć podwójną moc rażenia. Czyli na logikę, bardziej będzie opłacało się lansować nowe twarze, bo jedna piosenka początkującego będzie miała wartość dwóch kawałków wyjadaczy. W dobie skomasowanego ataku programów szukających dobrze zapowiadających się talentów wokalnych, pomysł doskonały.

Minister Kultury wychodząc naprzeciw rodzimej produkcji powinien również powołać komisję do przeciwdziałania muzycznej papce. Bo nie wystarczy śpiewać po polsku, trzeba też mieć coś do powiedzenia. Nie mam na myśli w tym momencie np. śląskich szlagierów, promowanych tylko w określonych pasmach, które zna w większości jedynie target do którego kierowane są pieśni o bujaniu gołębi (moja ulubiona piosenka "Gołymbiorze"). Chodzi mi o radia powszechnej dostępności, o ogólnokrajowym zasięgu, na które bardzo często zwyczajnie jesteśmy skazani. Gdyby usunąć z nich skowyt Ani Wyszkoni, która ma misję zatruwania nam życia, Beatę Kozidrak, która już dawno zagubiła się w swojej metaforyczności byłoby higieniczniej. Nie jest jednak najgorzej. Co prawda wtłacza nam się w mózgi wciąż te same nuty aż do zmulenia mentalnego, ale wynika to z pokrętnej polityki stacji o kosmicznym odczynniku komercyjności. Przeglądając aktualne notowania list przebojów Radia Zet i RMF FM stwierdzam, że polski sektor reprezentowany jest przyzwoicie. Ale wciąż zbyt jednostajnie. Krajewski, Piaseczny, Zagrobelny, romantyczny powiew, wciąż o miłości, złamanym sercu, rozczarnowaniu, uczuciowemu rozparcelowaniu. NUDA. Nie oczekuję, że stacje te będą lansować utwory o śpiochach w oczach, odorze spod pachy, twardych piętach i łupieżu łonowym ale więcej polotu, na miły Bóg.

Zastój i brzmieniowa monogamia wynikają z faktu, że rozgłośnie nie doceniają swoich słuchaczy, dlatego lansują asekuracyjne hity bez większego wyrazu. Wyrabiają sobie miałką markę, przez co ambitniejsza muzyka szuka innych wentyli promocyjnych. I dlatego tak rzadko trafia w ucho potencjalnemu Kowalskiemu. Kowalski chętnie posłuchałby Brodki, Noviki, Pati Yang, The Cuts, gdyby miał taką możliwość. Ale lepiej ładować mu do głowy po raz setny Volver i łzawą historię nastolatka śpiewaną przez starego pryka.

Nie mam zamiaru wciskać w mocno komercyjny eter twórczości Grabaża, Happysad czy Negatywu, bo podejrzewam, że nie tylko ja mogłabym tego nie przeżyć. Ale trochę wiosennego, ciepłego tchnienia mądrości, pomysłu, bitu przydałoby się każdemu z nas. Bo nuda to podła małpa.

10:42, eveliina_m
Link Komentarze (1) »
wtorek, 08 marca 2011
Kloszard popkultury to nie huba w różowym futrze

Ciężki jest żywot kloszardów popkultury. Muszą ciągle gimnastykować się, prowokować, kreować neurotyczne sny, rozdrapywać paznokciami obiektywy, łamy i szpalty. Czasem jednak spada na ziemię anioł opatrzności kloszardów i podsuwa włodarzom mediów doskonałe pomysły, żeby ułatwić życie podopiecznym. Wtedy to nadzorcy masowego przekazu rękami swoich pracowników wydobywają z koszy na śmieci zaślinione pety i podają wyrzutkom w tombakowych papierośnicach. Smacznego.

Kloszard popkultury to ktoś z kim wstyd się utożsamiać, to ktoś kto śmieszy skrycie rzesze, które nie zawsze chcą się do tego przyznać. Zasiedlający rejony intelektualnie nizinne zazwyczaj nie potrafi śpiewać, tańczyć, grać, choć wszystko to z uporem maniaka wykonuje. Najczęściej występuje w Internecie, choć czasem udaje przebić mu się do telewizji. Traktowany z politowaniem przez masy, ma nieodgadnioną siłę parcia na przebicie szkła. Wydaje się być hubą na zdrowym ciele popkultury. Tylko czy ona czuje się dobrze?

Dwa miesiące temu lotem błyskawicy obiegła Internet informacja, że szykuje się kolejna edycja Big Brothera, w której wystąpią gwiazdy opisanego wyżej pokroju. Wczoraj przeczytałam, że kilka z nich nie przeszło badań psychiatrycznych (choćby znana z
łacińsko-polskiej mieszanki językowej Pani Basia z show Szymona Majewskiego). Więc program, o ile w ogóle jego realizacja miała mieć miejsce, zapewne nie dojdzie do skutku. Może to i dobrze, bo reality show mógł zabić kariery takich oryginałów jak choćby Gracjan Roztocki. Bo taką twórczość trzeba sobie dawkować, nie można przyjmować jej zbyt często.

Nikt nie chce być kloszardem. Na taki los skazuje jednak opinia publiczna i ciężko z nią dyskutować. A sprawiedliwa bywa tylko czasem. Dziś czytam, że Zbigniew Hołdys wylewa swoje żale tabloidowi, jaką to straszliwą krzywdę robią medialne formaty wokalne utalentowanym osobom. Swoje zdanie na ten temat wyraziłam już kilka wpisów temu, zastanawia mnie jednak co innego. Czy nie jest mu żal, że nie został wkręcony w tryby jury jak to miało miejsce kilka lat temu w
Hit Generatorze? Przyciężkawa produkcja, którą oglądało się nie bez wysiłku, również za sprawą słabego pionu jurorskiego, miało mocno okrojoną oglądalność i wykreowało chyba tylko Kumka Olik, które podśpiewuje teraz w jednej z reklam. Ale to i tak całkiem nieźle. Niepisana umowa barterowa między Zbigniewem Hołdysem a kolorowym dziennikiem jest klarowna - Ty nazwiesz Marylę Rodowicz starą babą, my przekalkujemy Twe lico. I się kręci. Ale Pan Hołdys nie jest kloszardem popkultury. Choć ostatnio sobie niesmacznie grabi. I może kiedyś ktoś mu wręczy peta.

Popkultura jest chora. Nie jest to jednak niedyspozycja, nieżyt, chwilowe osłabienie. Ona z natury nie jest zdrowym tworem. Przyklaskuje Łukaszowi Garlickiemu występującemu w kostiumie różowego królika na gali wręczenia
Orłów (wielki pozytyw) jak również pozwala na rozdmuchanie widowiska, a którym nominowane są trzy filmy na krzyż do granic wielkiego wydarzenia. I to po tym jak na jej piersi dokonała się filmowa rewolucja 2009 (tak mawiano po dobrej serii - Rewers, Wojna polsko-ruska, Dom zły). Udaje, że nie widzi.

Bardzo lubię kloszardów popkultury, bo mogę ich sobie dozować. Lubię tabloidy wtedy, kiedy nie podglądają ani nie wyrywają nic z gardeł ludziom, ale pozwalają uwolnić frustracje, które tworzą obrazy postaci. Lubię wreszcie popkulturę. Bo co by o niej nie pisać i tak jest prawdą

15:11, eveliina_m
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3

kontakt

Statystyki:

AKTUALNIE ONLINE: